Ayran, góry i dzikie żółwie


Już od dobrych paru godzin żar leje się z nieba, chmury się kłębią i jest duszno. Jasny szuter pali w oczy odbijając promienie słońca. Męczę tak ten podjazd na najlżejszym przełożeniu i patrzę na suche krzaki dookoła, na prastare sosny rosnące po bokach drogi. Jest może pierwsza po południu, a ja od rana jadłem chyba tylko pół batona z chałwy. W bidonach robi się niepokojąco lekko, a ból głowy woła o przerwę, posiłek i nawodnienie. Żadnego potoku, rzeczki, na drodze tylko żwir i kamień za kamieniem. Wtem jeden z kamieni na drodze wyciąga łapy i zaczyna iść w stronę pobocza. Zatrzymuję się ze zdziwieniem, bo chyba jeszcze za wcześnie na halucynacje ze zmęczenia. Ale to nie zwidy, przede mną faktycznie kroczy średniej wielkości kamień… a raczej żółw, taki zwyczajny żółw, tu w środku niczego, w górach na południu Turcji.


 

Dzień 1

Przemęczywszy się nocnym pociągiem relacji Gdynia – Zakopane, nieco zmarnowany melduję się o 5 rano na lotnisku w Balicach pod Krakowem. Tomek przyjeżdża godzinę po mnie, nieco bardziej rześki, bo on z Łodzi miał dużo bliżej. Nadajemy wielkie walizy rowerowe i ruszamy w naszą podróż na bikepacking w góry Taurus w Turcji. Nasz przylot przebiega sprawnie. Jola, która przyleciała dzień wcześniej, przetarła szlaki i dostaliśmy od niej instrukcję, dokąd mamy się udać, czym podjechać, gdzie kupić karty SIM itd.

W zasadzie dopiero przed samym przylotem zdałem sobie sprawę z tego, że nasz plan nie przewiduje noclegu po wylądowaniu. Mamy szybko się ogarnąć, złożyć rowery, kupić jedzenie, załatwić łączność w telefonach i ruszać w góry. Tym bardziej zdziwiło mnie, że Jola wyruszyła w góry parę godzin przed nami, a spotkać mieliśmy się gdzieś na górze. No ale niech będzie, potem będziemy już jechać we trójkę.

W hotelu znaleźliśmy się dość szybko, w ciągu 2 godzin od wylądowania. Po krótkich negocjacjach przez translatora właściciel hotelu zgodził się, przechować nasze walizki rowerowe za dwie paczki fajek od każdego z nas, najlepiej Rothmannsów. Na nocleg mieliśmy do niego zjechać dopiero przed powrotem.

Zaraz też zabraliśmy się za składanie rowerów. I tu ku mojemu zmartwieniu okazało się, że jedno koło rozszczelniło się w samolocie i opona spadła z obręczy. Sporo mleka wyciekło a próby osadzenia opony z powrotem za pomocą ręcznej pompki były od razu skazane na porażkę. Do głowy przyszło mi, by poszukać jakiegoś kompresora, ale nie znając miasta, poszedłem do obsługi hotelu pytać o pomoc. Tam zastałem facetów siedzących przy fajkach i herbacie. Oni zrozumiawszy, o co chodzi, oświadczyli, że jeden z nich jest motocyklistą i, gdy skończy pić herbatę, to mi pomoże.

Wróciłem zatem do przykręcania kierownicy do mostka. Nawet na dobre nie zacząłem, a ten sam człowiek wychodzi z hotelu, wsiada na skuter i pokazuje, bym zabrał koło i wsiadał razem z nim. Ja zdziwiony, w pośpiechu chwytam koło, przejściówkę do wentyli samochodowych, śruby od mostka nieco lekkomyślnie pakuję do kieszeni i wsiadam na skuter.

I zaczyna się jazda, po chodnikach, wężykiem wąskimi uliczkami, pod prąd ulicą, między samochodami aż jesteśmy na stacji benzynowej. Tu, jak się okazuje, kompresor jest zepsuty. No to dalej, znów w rejwach tego bliskowschodniego chaosu ulicznego i po chwili jesteśmy w jakimś warsztacie wulkanizacji. Tam mój pomocnik przez chwilę coś tłumaczy, na to jeden z mechaników podchodzi z kompresorem, przykłada, słyszę tylko znajomy trzask i opona wskakuje na rant obręczy. Szczelna! No to jestem uratowany. Jeszcze tylko powrót, równie zwariowany i pokręcony i w ciągu 10 minut jestem z powrotem w hotelu, mam napompowane koło i udało mi się nie zgubić ani jednej śruby od mostka. Dobry początek wyjazdu.

Złożywszy rowery i spakowawszy wszystkie torby, jedziemy jeszcze po karty SIM, bo dotychczas Internet mieliśmy tylko poprzez WiFi z hotelu. Zaraz za rogiem kupujemy po jednej karcie SIM, która ma nam zapewnić 20 GB transferu – więcej niż potrzeba na ten tydzień. Sprzedawca mówi, że za jakieś 15 min. zacznie działać. Chwilę później jedziemy jeszcze kupić wodę i trochę przekąsek na drogę. Nerwowo sprawdzam w telefonie, czy już jest zasięg, ale dalej nic. Proponuję Tomkowi wrócić się i dopytać, ale on nalega na szybki start, bo jesteśmy już spóźnieni i on nie chce po ciemku podjeżdżać. Ruszamy zatem najpierw wzdłuż imponującego bulwaru przy plaży, z którego na horyzoncie piętrzą się potężne góry przekraczające 2000 m n.p.m. Góry te schodzą praktycznie wprost do wody, przewyższenie jest potężne. Nas dziś też czeka nie lada co, bo raptem ponad 1500 m w pionie do przypuszczalnego noclegu.

Oprócz majestatycznych krajobrazów moją uwagę zwracają porozwieszane plakaty z czarno-białym portretem pewnego pana o świdrującym spojrzeniu, wszystko w stylistyce Leni Riefenstahl. Dziwnie to wygląda, ale okazuje się, że stylistyka, owszem pasuje, gdyż jest to Mustafa Kemal Atatürk, tutejszy bohater narodowy i współtwórca Republiki Turcji po rozpadzie Imperium Osmańskiego.

Mustafa Kemal Atatürk

 

Opuściwszy turystyczny bulwar, szybko wyjeżdżamy z miasta i po zaledwie 20 km zaczyna się podjazd. Z początku niezbyt imponującą drogą szutrową, która jednak niedługo zamienia się w malownicze serpentyny poprowadzone przez las prastarych sosen. Po drodze mijamy jakieś ruiny greckie, które spokojnie liczą sobie z 2000 lat. Mury wciąż sprawiają wrażenie solidnych i wcale nie tak starych. Tymczasem, nachylenie rośnie z kilku do kilkunastu procent, aż mam okazję sprawdzić, gdzie leży granica przyczepności opon i skuteczność przełożeń w napędzie. Kawałek prowadzę przez jakąś zapomnianą ścieżkę, z której znów wracamy na drogę szutrową, a potem na asfalt. Przed nami Çağlarca, miejscowość znana głównie wspinaczom, jako ciekawa baza wypadowa. Powoli też odzywa się u nas głód oraz nadzieja, że może będzie tu jakieś miejsce, w którym można by coś zjeść. Późno już, zbliża się dziewiętnasta, zapewne wszystko pozamykane, a poza tym większość sklepów i knajp i tak jest daleko w dole miejscowości, do której nam średnio uśmiecha się zjeżdżać.

 



 

Bardziej martwi nas, że wciąż nie mamy zasięgu w telefonach. Ja mam wprawdzie możliwość wysyłania SMS-ów z roamingu po 2 zł szt. ale ani Tomek ani Jola roamingu nie wykupili, co nam teraz niewiele da, chcąc się z Jolą jakoś odnaleźć.

Chwilę później Tomek wśród domów zamkniętych na głucho wypatrzył ludzi siedzących na jakimś tarasie. Knajpa! Otwarta. Zajeżdżamy, a obok przy wejściu stoi rower. Taki z barankiem, dość nowoczesny, obładowany torbami. Jola!

Okazało się, że Jola wcześniej znalazła to samo miejsce i właśnie kończyła jeść. Od razu zamówiliśmy naleśniki i dzbanek herbaty. Tę herbatę pije się tu z malutkich gruszkowatych szklanek. A czajnik herbaty to w zasadzie dwa, jeden z wrzątkiem, a drugi z esencją. Herbata ta smakuje jak u babci. Turcy często ją jeszcze słodzą.


Jola jechała niespiesznie, robiąc zdjęcia i zatrzymała się w tu w nadziei, że będziemy tu przejeżdżać, bo nie było z nami żadnego kontaktu. Teraz ona jedyna z nas miała zasięg, a w knajpce było WiFi. Byliśmy w stanie skorzystać z translatora, wysłać parę zdjęć do domu itd. Dalsza dzisiejsza droga to już w zasadzie szukanie noclegu na dziko.

Z tym nie było tak łatwo, bo wszędzie było pod górę, mało płaskiego terenu i jednak sporo zabudowań. Turcy chyba upodobali sobie te okolice na domki wakacyjne. Zresztą nie ma się co dziwić. Ponad kilometr w dole widać było zatokę i światła zanurzonej w nocy Antalyi.

  

Tomek jednak celował w spanie wyżej. Podjechaliśmy aż do Feslikan na wysokość ok. 1600 m n.p.m. Tam przejrzawszy parę możliwych okazji, przystanków itp. zdecydowaliśmy się w końcu zatrzymać na jakimś zadaszonym parkingu. Pustym, ale prawdopodobnie należącym do którejś z okolicznych posesji. Przed ewentualnym deszczem ochroni, a z braku czegoś lepszego, betonowa podłoga wystarczy. Szybko nadmuchaliśmy materacyki, wyjęliśmy śpiwory i zaczęliśmy się szykować do snu. Dziewiąta wieczór, a w Turcji o tej porze roku zachód był sporo przed 20:00. Noc okazała się rześka, temperatura spadła chyba do 5 stopni.

Dzień 2

O 4 rano obudziły nas koguty, później o 5 rano odtwarzane z megafonu modlitwy muezzinów z pobliskiego meczetu. O szóstej rano byliśmy już wystarczająco rozbudzeni, lecz niechętnie nam się wstawało w zimny górski poranek. Do tego wszystkiego Jola musiała zresetować telefon, by załadować sobie trasę do nawigacji i okazało się, że nie dostała kodu PIN do swojej tureckiej karty SIM. Poważna sprawa, bo przez to straciła możliwość korzystania z Internetu. Takim to zrządzeniem nasza trójka została cofnięta do lat 90-tych. No nie całkiem – mieliśmy na szczęście mapy offline na telefonach oraz Tomek i ja mieliśmy wszystkie ślady na przyszłe dni zapisane w nawigacji. Niestety bez zasięgu nie działa bieżące wyszukiwanie sklepów na trasie, nie działa translator ani też prognoza pogody. Trudno, trzeba będzie jakoś na migi dogadywać się z lokalsami. A że angielski? Niestety zapomnij. Tu w Turcji panuje dumna turecka kultura, a angielski, podobnie jak niemiecki, francuski czy rosyjski to jakieś odległe europejskie języki, z których nieliczni znają więcej niż parę słów, podobnie jak my przykładowo po arabsku czy ot choćby po turecku.

Nasza dzisiejsza jazda zaczęła się od stromego podjazdu w górę miejscowości. Na dzień dobry kilkanaście procent nachylenia asfaltem i tak jeszcze przez 400 m do góry. Później naszym oczom ukazały się ośnieżone góry, te wyższe sięgające prawie 3000 m n.p.m., których z miasta nie było widać. 


Ciekaw byłem, dokąd dalej, ale Tomek szybko wysforował się przed nas i pojechał szutrową drogą w górę doliny, gdzie jeszcze było widać jakieś zabudowania. Tu już cywilizacja była na nieco innym poziomie. Chaty chylące się ku ziemi, niektóre zniszczone od lawin, pozbawione elektryczności.


Za wioską droga pięła się dalej lekko do góry między zaśnieżonymi górami. Gdy skończyły się zabudowania, zaczęło się coś, czego się nie spodziewaliśmy. Czerwona glina. Klejąca się do wszystkiego, śliska i ciężka maź. W ciągu kilkudziesięciu metrów nasze rowery zapchały się tym czymś tak mocno, że łańcuch i przerzutki zniknęły z błotnistych pecynach, cały ten klajster oblepił też nasze opony oraz przestrzenie między kołami a widełkami kompletnie blokując koła przed obracaniem. Nawet prowadząc rowery, w zasadzie ryliśmy nimi jak pługiem w ziemi. Stało się tak, ponieważ dotarliśmy na wysokość ok. 1900 m n.p.m. Dokładnie do granicy śniegu. Nad nami śnieg jeszcze się utrzymywał, pod nami prześwitywały świeżo wytopione stoki. A w miejscu, gdzie byliśmy, wszystko się topiło i spływająca woda zamieniła szutrową drogę w błotnisty koszmar. Zejście na śnieg nie pomagało, a okoliczne trawy były tak strome, że trudno było po nich prowadzić rower. No cóż, trudno, trzeba się jakoś przez to przedostać. Tomek dziarsko przebijał się do przodu, Jola została nieco z tyłu, a ja znalazłem jakiś kij i zabrałem go ze sobą, by co kilkaset metrów przepychać przestrzeń między kołem a widelcem i odblokowywać koło. Co paręnaście minut czekałem na Jolę, a w pewnym momencie zdecydowałem przenieść swój rower wprost stokiem do góry, ścinając zakosy drogi, po czym zszedłem i we dwójkę zrobiliśmy to samo z jej rowerem. Myślałem, że będziemy zjeżdżać do miejscowości widocznej poniżej, ale Tomek machał do nas gdzieś wysoko z góry, wskazując na przełęcz. Czułem się dość surrealistycznie, bo miejscami wyglądało to tak, jakbym właśnie wtargał rower na grań Tatr Zachodnich. W końcu na ok. 2100 m n.p.m. dotarliśmy do przełęczy i na postawie śladów w błocie, doszliśmy do wniosku, że Tomek puścił się drogą w dół i zapewne czeka na nas gdzieś niżej. 

     

 

Niewiele myśląc przetargaliśmy rowery w miejsce, w którym dało się jechać i ruszyliśmy w dół. Przed nami otworzyła się już ta dzika Turcja. Wszędzie góry, hale, po horyzont kolejne granie i tylko miejscami jakaś pasterska chata. Ludzi żadnych, bo na wypas to jeszcze za wcześnie. Ta było przez następną godzinę, aż tracąc wysokość, zjechaliśmy do asfaltu i miejscowości, w której ludzie mieszkali przez cały rok.




Tam też na tle ośnieżonych gór rozległa się kolejna modlitwa z meczetu. Czuliśmy się wtedy bardziej jak w Azji środkowej niż w turystycznej Turcji. Ruszywszy dalej, jechaliśmy gdzieś przez jakieś pół godziny, aż skończył się asfalt. Tam też dobiegł nas krzyk Tomka, który słysząc, jak przejeżdżamy, zerwał się z drzemki i ucieszył się, że już jesteśmy.


Na przedarcie się przez glinę na przełęczy straciliśmy sporo czasu. Zgłodnieliśmy też solidnie, a batoniki jedzone po drodze raczej tylko zastępowały normalny posiłek. Powoli marzyliśmy o jakimś obiedzie. Niestety najbliższy sklep prawdopodobnie będzie dopiero za 36 km, co w górach i na głodniaka brzmiało raczej jak 3 godziny. I faktycznie. Szutrowa droga wiła się przez górski las, klucząc w górę, w dół, i co chwila skręcając w jakąś odnogę. Czekałem na tych rozwidleniach na Jolę, która dziś jechała bez nawigacji. Dwie godziny później, późnym popołudniem dojeżdżamy do Tomka czekającego na drodze. Cały rozradowany śmieje się do nas, że jesteśmy uratowani, bo załatwił nam jedzenie. Jakaś turecka rodzina przyjechała tu na camping i grilla i nas zaprasza, by z nimi coś przekąsić. I faktycznie. Nieopodal na polanie stoi wysłużone Renault 19, na ziemi leży duży dywan, a przy nim siedzi rodzina. Na dywanie obrus a na nim sporo jedzenia. Tomek dostał klasycznego kebaba z mięsem z grilla, a my jako wegetarianie dostaliśmy chleb, pomidory, ogórki oraz colę i herbatę. Jakie to było pyszne po całym dniu jedzeniu batonów chałwowych! Próbowaliśmy naszym wybawcom coś zapłacić za ich trud, ale kategorycznie odmówili. Tutejsza gościnność jeszcze nieraz nas zaskoczy.

 

Najedzeni wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy na długi zjazd, kilkaset metrów w dół w dolinę do drogi. Tam miała być miejscowość Arif i gdzieś powyżej niej Tomek miał nadzieję znaleźć jakieś dobre miejsce do przebiwakowania.

 

Do drogi dotarliśmy zaraz przed zachodem słońca. Skręciliśmy w prawo do Arif i naszym oczom ukazał się sklep! Tam zaopatrzyliśmy się prowiant, kupiliśmy sok z pomarańczy, ayran, czyli turecki kwaśny jogurt, wodę do bidonu, batony oraz chleb. Niestety ani sera, ani innych rzeczy nie mieli na stanie.

Niedługo później dojechaliśmy do Tomka, który czekał na nas przy drodze. Mówił, że niedaleko stąd jest jakaś restauracja, w której można zjeść kolację. Na mapach nie było jej jednak widać i nie za bardzo wiedzieliśmy, jak się do niej dostać. Debatujemy zatem przy drodze, a tu obok nas zatrzymuje się stara furgonetka i jakaś pani coś do nas mówi przez uchyloną szybę. My rozkładamy ręce, bo rozumiemy tyle, co nomen omen na tureckim kazaniu. Ona zreflektowawszy się, że nic z tego nie będzie, sięga do telefonu męża siedzącego za kierownicą i coś do niego mówi. W translatorze pokazuje się tekst:

- Dokąd chcecie jechać? Macie gdzie spać?

Z trudem wystukuję na tureckiej klawiaturze odpowiedź:

- Szukamy restauracji, jeszcze nie wiemy, gdzie będziemy spać.

Na to oni:

- Restauracja jest nieczynna. Potrzebujecie noclegu?

My:

- Nie, będziemy spać na dziko.

A oni przez chwilę coś rozmawiają i potem czytam tekst:

- Będziemy zaszczyceni, mogąc Was gościć na kolację i na nocleg.

No to nas mocno zdziwiło. Kompletnie obcy ludzie chcą nas zgarnąć wieczorem z drogi i zaprosić do siebie do domu, mimo że ledwo się dogadujemy. Tomek jeszcze przez chwilę się wahał, czy aby nie mieszkają za daleko i jak trzy rowery do auta… ale okazało się, że mieliśmy pojechać za nimi i ledwie po 300 m skręciliśmy z drogi na posesję, gdzie stał ich dom.

Tu przywitali nas ich synowie oraz sporo małych kotków, które mieszkały w obejściu. Zaprosili nas do środka. Pierwsze małe zdziwienie: buty zostawiamy na zewnątrz. W środku wszyscy chodzą boso albo w skarpetkach. Zostaliśmy posadzeni w dużym pokoju, w którym stał mocno już rozgrzany piecyk typu koza oraz trzy wersalki ustawione pod trzeba ścianami. Pośrodku rozłożony duży dywan. Z pomieszczenia wchodziło się do łazienki, w inną stronę do kuchni, a w jeszcze inną stronę do sypialni.

Od razu dostaliśmy też hasło do WiFi, co otworzyło nam możliwość porozumiewania się. Szybko okazało się, że ojciec nazywa się Durmus, matka to Azime, synowie mają na imię Murat i Alihan oraz jest z nimi jeszcze babcia: Kezban. Oświadczyli nam, że jesteśmy gośćmi zesłanymi przez Boga, i że oni nam z chęcią podadzą kolację, śniadanie i że dziś mamy u nich spać.

W gościnie u rodziny Durmusa i Azime Tasel
 

Później zrozumieliśmy, że ta niespodziewana gościnność wynikała z podstaw Islamu. Każdy Muzułmanin ma obowiązek przestrzegać tzw. zakatu, czyli dawania jałmużny i dzielenia się dobytkiem, by ten dobytek duchowo oczyścić. Jest to m.in. uregulowane prawnie przez obowiązek oddawania 2,5% dochodów na cele społeczne. Mieści się w tym jednak również goszczenie podróżnych, pielgrzymujących, oferowanie strawy, pomocy i schronienia tym, którzy mają trudniej. Najwidoczniej tego dnia wyglądaliśmy na mocno zmęczonych i zagubionych.

Murat spytał nas, co byśmy chcieli zjeść. Na to ja z Jolą powiedzieliśmy tylko, że nie jemy mięsa. I faktycznie, nie było z tym problemu, dostaliśmy przepyszną wegetariańską kolację. I to jaką!

Na dywanie pojawił się spory okrągły stolik na niziutkich nóżkach. Na nim wylądował chleb, tahini, melasa, miód, gęsty ayran, kilka rodzajów owczych serów, pomidory, ogórki, kilka rodzajów oliwek, kapusta pekińska w zalewie i to wszystko rozłożone w miseczkach tak, by każdy dobierał sobie wedle uznania. Oczywiście do tego herbata oraz napar z kwiatów rosnących na krzaku przed domem. Później dowiedzieliśmy się, że to była szałwia. Na deser dostaliśmy pismanye – chałwę w postaci włosów przypominających naszą watę cukrową oraz lokum, słodkie galaretki obtaczane w cukrze pudrze.

Kostki Lokum oraz Pismanye

Po takim lekkim, ale pożywnym posiłku, wykąpani i ogrzani zostaliśmy położeni na wersalkach w salonie. Dostaliśmy koce i poduszki. Tomek spytał, czy nie będzie problemem, gdy wstaniemy przed szóstą. Okazało się, że nie, bo rodzina zajmuje się uprawą pomidorów oraz hodowlą trzody i wstają dosłownie, wraz z kurami.

Dzień 3

Zasypialiśmy przy rozgrzanym piecu, poranek obudził nas chłodny i rześki. Wstaliśmy faktycznie o piątej rano i ku naszemu zdziwieniu dostaliśmy jeszcze śniadanie: równie bogate co wczorajsza kolacja. Zamiast chleba były jednak takie małe placki, czyli tureckie pide. Pakujemy się szybko, jeszcze tylko jedno zdjęcie z rodziną przed domem i zaraz po szóstej jesteśmy już w trasie. Po paru kilometrach przy drodze dostrzegamy uliczną kawiarnię i to zaraz obok wodospadu. Właśnie otwierają! Nie ma nic lepszego niż szybka poranna kawka. Zamawiamy oczywiście klasyczną, czyli turecką, parzoną w tygielku i niefiltrowaną. Turecka kawa jednak w przeciwieństwie do naszej zalewanej plujki nigdy nie jest doprowadzana do wrzenia. Gotuje się ją uważnie, utrzymując temperaturę ok. 80-90 stopni. Kawę zmieloną drobno niemalże na pył wsypuje się do tygielka, zalewa wodą i gotuje aż do powstania pianki. Potem kilka razy zdejmuje z gazu i ponownie podgrzewa, a pod koniec przelewa do małych filiżanek. Smak tej kawy jest raczej delikatny, nieco ziemisty, natomiast kofeinę czuć od razu.

Przydrożna kawiarnia w Arif

Tak posileni jedziemy dalej. Dziś będzie sporo asfaltem. Pierwsze kilometry prowadzą główną drogą, która też okazuje się niezłym wyzwaniem. Na ledwie 8 kilometrach podjeżdżamy 400 metrów. Miejscami nachylenie na tej krajówce przekracza 10%, co słychać wyraźnie po wysokich obrotach wyprzedzających nas samochodów. Na początku serpentyn wyprzedza mnie Tomek, Jola została nieco z tyłu. Jedziemy więc we dwóch jakiś czas, aż ślad prowadzi nas w lewo, stromo do góry węższą szosą, z dala od zgiełku. Postanawiam tu poczekać na Jolę. Tomek natomiast mówi, że on jedzie dalej, że się spieszy, bo ma do nadrobienia sporo z wczoraj. Pytam, czy nie chce poczekać, ale nie. Nie za bardzo rozumiem, o co chodzi. Wczoraj jeszcze rozmawialiśmy o skróceniu trasy, ale chyba chodziło o to, że to my z Jolą mamy sobie skrócić trasę, a Tomek chce jechać całość bez skracania…i bez nas.

Rusza zatem dalej i tyle go widzieli. Ja czekam, Jola dojeżdża jakieś 5 minut później i odtąd jedziemy we dwójkę. Żadne z nas wciąż nie ma Internetu. Ja mam na telefonie mapy offline, Jola wciąż kombinuje, jak ładować trasy na nawigację bez łączenia się z WiFi. Oczywiście mamy też kasę, głowy na karku, sporo doświadczenia, więc nie taki diabeł straszny. Ale jednak jest nam przykro.

Dalszą drogę jechaliśmy delikatnym podjazdem przez sielankowe miejscowości wakacyjne z tureckimi domkami letniskowymi. Jakoś nagle przestaliśmy się spieszyć, zaczęliśmy robić więcej zdjęć i zwracać uwagę na krajobrazy. A było na co patrzeć. Za nami piętrzyły się śnieżne dwu- i trzytysięczniki, przed nami bezkres kolejnych pasm górskich aż po horyzont. Szybko zjechaliśmy stromym zjazdem do miejscowości, w której zatrzymaliśmy się pod sklepem na batony i litrowy ayran. Idealny napój na tutejsze upały. Przy okazji zauważyliśmy, że obok leży fragment greckiego frontonu przedstawiający głowę meduzy. Obok z opisu wynikało, że ma ona jakieś 2300 lat.

Fronton z płaskorzeźbą Hydry

Dalej trasa prowadziła nas mniejszymi lub większymi drogami przez wzgórza – w zasadzie ciągle góra dół. Zaczęła się też psuć pogoda i w oddali słyszeliśmy potężne grzmoty burzy i zastanawialiśmy się, czy czasem ulewy nie dorwały Tomka gdzieś wyżej w górach. Jeszcze niedawno mieliśmy upał i sucho, a teraz droga wiła się asfaltowym podjazdem przez soczystą deszczową zieleń jak u nas w środku lata. Tylko zwierzaki inne. Zauważyliśmy żółwia na środku ruchliwej drogi. Zatrzymaliśmy ruch, by go znieść z drogi. Widząc to, kierowca tira uchylił drzwi i trochę na migi a trochę łamanym angielskim spytał, czy nie potrzebujemy podwózki. Jechał do Elmalı, miasta, w którym mieliśmy być za trzy dni, więc podziękowaliśmy i na migi wytłumaczyliśmy, że jedziemy przez góry aż do wybrzeża.

  


Niedługo później dotarliśmy do Sütleğen, miejscowości, w której wprawdzie była restauracja, ale nie było WiFi. Na podstawie map offline w telefonie ustaliliśmy, że od tego miejsca nie jedziemy już śladem. Wyprowadziłby on nas gdzieś w jakieś szutry i zapewne nocleg na dziko w połowie jakiegoś podjazdu. Postanowiliśmy skrócić trasę, jadąc w stronę wybrzeża i zobaczyć w końcu Morze
Śródziemne. Wyszło nam, że jak będziemy się trzymać głównej drogi, to za 36 km dojedziemy do Kalken, miasta, w którym była szansa na jakieś hotele czy pensjonaty. Przy okazji przeczekaliśmy burzę gradową i zjedliśmy lahmacun, czuli turecką wersję pizzy, prostokątną i na dużo cieńszym cieście.

Lahmacun


Gdy już się rozpogodziło, a my właściwie wyjeżdżaliśmy z miejscowości, zauważyłem na skrzyżowaniu mały sklepik z napisem Türkcell. Od razu pomyślałem, że może to być nasz ratunek, bo może uda się tam naprawić niedziałające karty SIM.

Okazało się, że w sklepie nikt po turecku nie mówi, ale sprzedawca szybko zorientował się, co jest grane i za pomocą translatora w jego telefonie udało się dogadać. Dowiedzieliśmy się, że kod PUK potrzebny do zrestartowania karty Joli znajduje się w sklepie w Antalyi i podając numer na karcie, powinna od nich ten kod uzyskać. Ze mną sprawa była poważniejsza. Moja karta nie była zarejestrowana, sprzedawca nie mógł niczego więcej sprawdzić i jedyną opcją było kupienie nowej karty SIM. Tak też zrobiłem i zderzyłem się od razu z turecką biurokracją. Pięć prób minęło, zanim udało nam się wpisać numer paszportu, adres oraz dane pobytu w kraju do tureckiego systemu tak, by ich format pasował do tureckich szablonów. Straciliśmy na to ponad godzinę, ale za to nagle świat stanął otworem. Od razu znalazłem nam hotel w Kalken, zadzwoniłem do niego i zarezerwowałem pokój. Mając taki cel, od razu nabraliśmy sił i popędziliśmy przed siebie (wcześniej zapłaciwszy na kartę SIM i podziękowawszy za uratowanie wyjazdu).

Jechało się świetnie, długim prostym zjazdem, na którym udało się rozpędzić maszynę do ponad 60 km/h i nawet wyprzedzić jakąś furgonetkę. Gdy potem ta wyprzedzała mnie na płaskim kawałku, chłopaki z szoferki machali, trąbili i chyba w ogóle cieszyli się, z tego, że jadę.

Tu należy się mała dygresja. Otóż po Turcji, wszakże kraju leżącym w większości w Azji spodziewałem się zachowań na drodze przypominających te z Rosji: zajeżdżania drogi, wyprzedzania na gazetę itd. Nic z tych rzeczy! Jest dużo lepiej niż u nas. Praktycznie wszyscy wyprzedzają z odstępem 2 metrów, często całkowicie zjeżdżają na przeciwległy pas. Tylko trąbią, ale to raczej takie króciutkie i lekkie naciśnięcie klaksonu w celu pozdrowienia rowerzysty. Pozytywny entuzjazm kierowców widzących nas na drodze przypominał ten znany z Hiszpanii, czy Danii.

Droga zaczęła nam się dłużyć, bo okazało się, że góry sięgają do samego morza i po drodze mamy jeszcze dwie małe przełęcze. Do Kalken zjeżdżaliśmy już po zmroku. Od razu kupiliśmy duże butle wody i soku do picia i z radością przyjęliśmy informację w hotelu, że śniadanie jest serwowane od 8:30. Dobra wymówka, by pospać dłużej i zdążyć zaplanować następny dzień.

Dzień 4

Wyspaliśmy się za ostatnie dwa dni intensywnej jazdy. Śniadanie jest serwowane na tarasie na dachu, skąd po raz pierwszy za dnia widzimy przepiękne wybrzeże: prawdziwą riwierę z turkusową wodą i zalesionymi górami i wyspami wyrastającymi z morza. Dzisiejszą trasę zaplanowała Jola, a mi udało się ją złożyć w aplikacji i wysłać nam na nawigację. 

Najpierw już późnym rankiem, więc i powoli zaczynającym się skwarze ruszamy ostro do góry. Trzeba podjechać 200m na dystansie niecałych 2 km, żeby wydostać się z zatoczki do dróg prowadzących wzdłuż morza. Tam przez niezliczone małe wioseczki nadmorskie gaje i sady jedziemy, rozkoszując się raczej płaskim odcinkiem. Przecinamy 30 km nizin i docieramy do Minare. Wioska ta znana jest z tego, że powyżej niej znajdują się ruiny miasta Pinare, w którym obecnie znajduje się sporo grobowców oraz amfiteatr – ślady kultury likijskiej. Prowadzi tamtędy oficjalny szlak rowerowy, który wyżej wspina się na przełęcz w paśmie góry Babadağ. Na mapie wygląda to w porządku, ale w rzeczywistości okazuje się największą trudnością tego dnia: uporczywym szutrowym podjazdem wijącym się serpentynami i trzymającym twardo te 10% średniego nachylenia. I to w słońcu. Zmęczeni docieramy do góry po ponad 2 godzinach. Wybrzeże jest wprawdzie zaraz obok, ale my znajdujemy się na ponad 1100 m n.p.m., a wieńczący te góry szczyt Babadağ wznosi się na 1969 m n.p.m.. Wnioskuję, że będzie nas czekać mozolny zjazd po kamolach i szutrach. Jednakże zaraz za przełamaniem terenu wjeżdżamy na asfalt. A ten okazuje się moim najlepszym kolarskim zjazdem w życiu: 1000 m w dół po serpentynach wąziutką drogą przez okrutnie strome zbocza i cały czas z widokiem na prześliczną zatokę i górzystymi wyspami wyrastającymi z wody i bezkresem Morza Śródziemnego, które zlewa się z horyzontem. Zjazd ten przebija Stelvio, Mortirolo, Gavię i inne alpejskie klasyki. Momentami hamuję tylko po to, by jeszcze chwilę dłużej pogapić się na ten cud. Szczęście dopełnia jeszcze niewiarygodny fakt, że droga jest mało uczęszczana. Po drodze widzieliśmy może z 10 samochodów i paru motocyklistów. Innych kolarzy nie spotkaliśmy. I tak drogę mamy całą dla siebie. Dopiero nad samą wodą robi się tłoczniej i zaczyna do nas docierać kurortowy klimat tego miejsca.

    


 


 

Zjeżdżamy do miejscowości Ölüdeniz. Uzupełniamy wodę i idziemy na pizzę, bo ze wszystkich restauracji akurat ta wydaje się najpewniejsza. Jola mówi coś o spaniu na plaży i udaje mi się znaleźć camping w następnej zatoce w miejscowości Yaniklar.

Zjadłszy, wychodzimy z knajpki i po raz pierwszy na tym wyjeździe spotykamy rowerzystów. Tacy trochę retro, bo na rowerach MTB, ale mocno objuczeni sakwami. Pytamy się, skąd są, a oni na to, że z Rosji. Tu następuje chwila milczenia, po czym mówimy, że my z Polski. Oni trochę z zaciekawieniem patrzą się na nasze rowery i wyposażenie, nowocześniejsze od ichniejszego o jakieś dobre 10 lat, wymieniamy niezręczne uprzejmości i rozjeżdżamy się w swoje strony. Niestety Turcja stoi trochę pomostem między wschodem a zachodem, co widać również po narodowości turystów.

Przed nami jednak chyba jakiś podjazd, sugeruje to przynajmniej mały garb na śladzie. Po chwili okazuje się, że Ölüdeniz jest znacznie większe, niż myśleliśmy. Jego nadmorska część to zaledwie ułamek miasta. A my musimy podjechać nieco ponad dwa kilometry drogą krajową do centrum miasta… które leży na wysokości 300 m nad poziomem morza. Jeszcze nie widziałem tak stromej krajówki. Nachylenie trzyma te bezlitosne 12% a miejscami więcej. Wyprzedzające samochody rzężą silnikami piłowanymi na dwójce, a ja jadę wąskim poboczem, w przenośni depcząc kapustę i cały czas żałując, że tu nie mogę pozwolić sobie na wężykowanie w poprzek szosy.

Za Ölüdeniz czeka nas jeszcze krótki kawałek przez las. Tam spotykamy pięć półdzikich psów, które na szczęście okazują się przyjazne. Niestety są też dość głodne, tak że aż próbują się wspiąć na moją torbę rowerową i na mnie w ogóle i wybłagać coś dla nich. My niestety mamy tylko batony i chałwę, więc odjeżdżamy, zostawiając je dla kogoś lepiej wyposażonego.

Zapada już zmrok, gdy zjeżdżamy do Fethiye – największego miasta w regionie. Tu już jest bardzo europejsko. Światła, knajpki i bulwar nad wodą przypominają europejską riwierę. Szybko sprawdzam, gdzie jest nasz camping – okazuje się, że jeszcze 17 km, głównie jazdy przez miasto, a jest już 21:00. Proponuję Joli zostać gdzieś tu w jakimś pensjonacie i jutro ruszyć z rana. Znajdujemy miejsce w zasadzie od razu, zaraz za rogiem i to niedrogo. Właściciel pensjonatu melduje nas, pożycza zapięcie rowerowe, by zostawić rowery na dole w korytarzu i przedstawia nam swoją kotkę.


To wcale nie jest takie nietypowe. W Turcji kotów jest bardzo dużo, zwłaszcza w miastach. Są one przeważnie zadbane, nawet jeżeli żyją na ulicy. Ludzie je dokarmiają, na drogach są nawet oficjalne znaki drogowe ostrzegające przed kotami mogącymi przechodzić przez ulicę i zalecenia, by o nie dbać.



 



 

Dzień 5

Wstajemy rano i ku naszemu zdziwieniu odkrywamy, że w nocy nasza uliczka zmieniła się w parking dla TIR-ów obsługi wyścigu kolarskiego Tour of Turkey. Po wyjechaniu na bulwar widzimy, że zamknięta jest cała ulica prowadząca wzdłuż morza. Najwidoczniej będzie się tu odbywał finisz etapu.

Śniadanie postanawiamy zjeść po drodze w którejś z kafejek. Dziś nasza droga wiedzie najpierw wzdłuż brzegu do Kargı, a następnie długim szosowym podjazdem do Nif. Stamtąd dalej aż do Ören, gdzie zapewne będziemy się rozglądać za noclegiem.


Niestety okazuje się, że nadmorskie miasta w Turcji późno zaczynają dzień. Śniadania w kafejkach można zjeść od 9:30 czy 10:00. A my wyruszyliśmy jakoś po 8 rano. No nic, trudno, zjemy dalej na trasie. Może właśnie w Kargı. Tam jednak niestety podobnie. Knajpek jest sporo, ale zapewne łatwiej w nich zjeść coś późnym wieczorem niż teraz. Wszyscy tu jeszcze odsypiają wczorajsze balowanie. Wjeżdżamy zatem do Kargı już bardziej licząc na sklep spożywczy niż na miejsce z gorącą kawą.
 Aż tu nagle widzę szyld, który się nieco wyróżnia na tle innych. Brązowy napis Cafe De Moda, okna wystawy pomalowane na turkusowo-zielono, na zewnątrz krzesełka i stoliki… a w środku wieszaki z ciuchami i jakaś starsza pani w różowej sukience coś prasuje na zapleczu. Nieśmiało wchodzę i pytam, czy Pani ma może kawę.

 

Na to pani do nas wychodzi i płynnym angielskim z wyraźnym niemieckim akcentem odpowiada nam, że oficjalne otwarcie będzie dopiero 2 maja, że ona dopiero tu wszystko szykuje i że jeszcze nie ma kawy, ale widząc nas z rowerami, zrobi nam kawy z ekspresu. I rzeczywiście po chwili dostajemy dwie czarne kawki, do nich mleko, cukier i malutkie ciasteczka. I jeszcze mówi nam, że to za darmo. Oddając jej filiżanki, zagaduję do niej po niemiecku – ona od razu promienieje i jeszcze raz zaczyna nam opowiadać, że pół życia spędziła w Turcji, mieszkała w Stambule i prowadziła tam wielką szwalnię i hurtownię odzieżową. Teraz ten biznes przekazała wspólniczce, a sama sprowadziła się tu na południe i otworzyła mały butik odzieżowy z modą plażową dla kobiet. Pomysł połączenia kawiarni z butikiem pojawił się w odpowiedzi na zapotrzebowanie ze strony Europejek mieszkających w okolicy. Otóż osiedliło się to sporo Francuzów, Niemców, Holendrów. Europejskie kobiety nie mają tu dokąd pójść na kawę i plotki, a w jedynej herbaciarni siedzą wyłącznie tureccy mężczyźni i kobiety nie czują się tam swobodnie. Dlatego pani stworzyła miejsce specjalnie dla nich. Na drogę dostajemy jeszcze w prezencie po jednym bawełnianym szaliku.

 
Kawka była pyszna, ale jeszcze coś byśmy zjedli. Zajeżdżamy więc do spożywczego, kupujemy tam po jednej picie, do tego pastę labneh oraz turecki kaymak, pomidory i ogórki oraz ayran i idziemy na przystanek zrobić sobie z tego kanapki. Zaznaczę tylko, że kaymak nie ma nic wspólnego z naszą masą krówkową. To nabiał o konsystencji gęstej śmietanki i delikatnym maślanym smaku.

Następnie ruszamy na długi mozolny podjazd. Nie jest on może jakiś szczególnie stromy, ale jednak ponad 20 km do góry z poziomu morza na 1400 m n.p.m.. Droga wije się wąwozem i okazyjnie serpentynami. Jola zostaje trochę z tyłu, więc zatrzymuję się w połowie drogi przy przydrożnym źródle wody i wiacie. Wiata ta ma piękny podest z miejscem dla 3-4 osób. Spałoby się tu idealnie. No ale takie miejsca zazwyczaj znajduje się w środku dnia, a nie wieczorem. Jola zapewne robi zdjęcia po drodze, ruszam więc dalej, do Nif jest jeszcze jakieś 20 minut. Poczekam tam przy sklepie. Dojechawszy do miejscowości, kupuję sobie jakieś przekąski, duży sok pomarańczowy i ucinam sobie małą drzemkę. Po godzinie Jola dojeżdża i również robi sobie przerwę. Jak się okazało, ten podjazd zmęczył ją najbardziej na całym wyjeździe.


 

Za Nif czeka nas spory zjazd szosami i szutrem. Zwłaszcza ten szutrowy kawałek pokonywany już późnym popołudniem wygląda ciekawie. Jest cały powymywany przez ulewne deszcze. Przechodzimy prawie nieużywaną ścieżką pourywaną w kilku miejscach. W dole huczy górski potok. Ścieżka w wielu miejscach jest pozarywana tak, że trzeba przenosić rowery. Później szuter zamienia się w coś, co przypomina raczej tatrzański szlak po głazach i kamieniach. Zaraz później schodzimy do koryta wyschniętej rzeki, którym idziemy tak kawałek, aż obok pojawia się szosa. Okazało się, że był to skrót, który wprawdzie oszczędził nam z 10 km, czasowo jednak wyszło na to samo. 

 

Zjeżdżamy powoli do doliny Eşen Çayı. Dojeżdżamy do punktu widokowego, skąd na horyzoncie świecą się ośnieżone szczyty, pod nami wielka szeroka rzeka, a na pierwszym planie dwie małe wiaty widokowe. Byłoby idealne miejsce na spanie, ale jest jeszcze przed siódmą – trochę wcześnie na to, by się kłaść. No i wypadałoby uzupełnić wodę i jedzenie.


Zjeżdżamy zatem na dół, kierując się do Ören. Krajobraz tu jest wybitnie rolniczy. Cały czas przejeżdżamy przez wioseczki otoczone polami i sadami. Wszędzie słychać psy, każdy zagajnik zdaje się też do kogoś należeć. Jeszcze raz sprawdzam w telefonie, czy nie ma tu jakiejś knajpki, pensjonatu, ale nie. Kompletnie nic. Tylko jakiś sklep parę kilometrów przed nami.

Jedziemy tak, aż na zakręcie jeden z domów zwraca moją uwagę. Murowany, z wieżyczką a na górnym tarasie są rozwieszone tybetańskie flagi modlitewne. Z domu właśnie wychodzi kobieta z psem i nie wygląda na typową Turczynkę. Włosy ma ścięte na krótko. Chwilę się zawahałem, ale zaraz zawracam. Krzyczę jeszcze do Joli, ale ona nie słyszy i jedzie dalej. Ja jednak wiem, że to może być nasza szansa.

 

Pytam, czy nie zna tu jakiegoś noclegu. Ona mówi, że nie, że tu niczego nie ma. I dopytuje, czy nie mamy gdzie spać, dokąd jedziemy i gdzie chcemy się zatrzymać? Odpowiadam zgodnie z prawdą, że jedziemy w stronę Ören, nasza trasa prowadzi potem dalej stromo do góry, a my zapewne będziemy spać na dziko… tylko że tu wszędzie są tereny rolnicze.

Kobieta prosi, bym poczekał i idzie za bramę, wołając kogoś ze środka. Po chwili wychodzi ona i postawny facet. Gdzieś między słowami zauważam, że oni między sobą mówią po niemiecku. Przechodzę zatem na niemiecki, bo tak łatwiej i też trochę bardziej swojsko. Oni oczywiście zdziwieni, ale też zadowoleni. Po chwili proponują mi, że moglibyśmy u nich się zatrzymać. Mają wprawdzie jeszcze nieurządzony dom, ale mają też taras. Odpowiadam, że to świetne wieści, nam w zasadzie trzeba tylko dachu nad głową, śpiwory i materacyki mamy. Ucieszony, ruszam zatem gonić Jolę, bo czeka gdzieś zapewne na trasie. Po chwili dojeżdżam do niej i przedstawiam jej dobre wieści. Ona z początku sceptyczna, ale po chwili się zgadza i wracamy do Niemców w gościnę.

Na miejscu dowiadujemy się, że Louise i Josif są parą, która poznała się na ściance na wspinaniu. Pochodzą z Düsseldorfu i z Wuppertal. Kupili tu dom i postanowili zamieszkać na dobre. Właściwie jeszcze wciąż się tu urządzają. I tak od słowa do słowa dostaliśmy na tarasie na piętrze dwie duże ławy z materacami. Oczywiście był też prysznic i zostaliśmy zaproszeni na kolację, na której było sporo śmiechu, dostaliśmy też piwo oraz spróbowaliśmy prawdziwej tureckiej Rakii. Josif, który zna turecki i z Turcją ma do czynienia od dłuższego czasu śmiał się, że Raki, choć w smaku podobnej, nie wolno porównywać do Ouzo. Turcy krzywią się, że tamte greckie coś, to pomyje i podróbka, a tylko u nich jest prawdziwy smak, a także większa moc tego trunku. Dowiedzieliśmy się też, że Turcy są bardzo gościnni, ale jednocześnie też mocno konserwatywni. Niezbyt chętnie uczą się angielskiego i w ogóle do przybyszów podchodzą przyjaźnie, ale z dystansem. Owszem, pozdrawiają nas, trąbiąc z samochodów i machając, ale jesteśmy dla nich raczej kuriozum. Zwłaszcza moja różowo-fioletowa koszulka może wywoływać pewne skojarzenia. Podobnie jest z jedzeniem. Turecka kuchnia jest niezwykle bogata i ma wiele naturalnych i tradycyjnych dań bezmięsnych. Gdy się im jednak powie, że jest się wegetarianinem, to potrawy te podadzą nam raczej ze współczuciem i smutkiem niż z oczywistym zrozumieniem wyboru diety.

W gościnie u Louise i Josifa

Z ciekawostek o kraju, to dowiedzieliśmy się też, że alkohol w Turcji jest absurdalnie drogi w porównaniu do ich zarobków, i gdybym planował sobie taką Raki przywieźć do domu, to żebym ją kupił na lotnisku. A co do zarobków, to Tureckie minimalne wynagrodzenie, które w regionach wiejskich jest także medianą, wynosi zaledwie 600 Euro. Wobec tego Polska jest jednak znacznie lepszym miejscem do życia.

Dzień 6

Rano dostaliśmy jeszcze śniadanie, wymieniliśmy się kontaktami i ruszyliśmy w drogę. Na dzień dobry, a jakże, podjazd. Tym razem półtora kilometra asfaltem, najpierw na przełęcz na wysokości 850 m. Tam czekam na Jolę przy przydrożnym meczecie. Dalej trasa prowadzi nas szutrowym zjazdem w głąb wąskiego kanionu, Na jego dnie znajduje się dolna stacja elektrowni szczytowo-pompowej. Ten potwór jest jednak wielokrotnie większy od naszego Żarnowca czy Żydowa. Tu rury ciągną się na dystansie ponad kilometra w pionie. My znajdujemy się na 400 m n.p.m., a musimy znów wjechać na przełęcz dokładnie tam, skąd płynie woda napędzająca turbiny, czyli na ponad 1400 m n.p.m., i to szutrowymi zakosami, które miejscami trzymają brutalne 16% nachylenia. Jola mówi, bym jechał i zaczekał na górze, bo jej zajmie to nieco dłużej. Wspinam się zatem powoli i cierpliwie odliczam kolejne zakręty — przy 19-stym docieram do przełęczy. Zaraz za przełęczą zatrzymuję się przy wodopoju. Czekam na Jolę, odpoczywam i zanurzam się w ciszy i kompletnej pustce tego miejsca.



W pewnej chwili widzę, że ktoś jedzie. Jednak nie dostrzegam jaskrawo-pomarańczowej torby na kierownicy, dzięki której Jolę widać z daleka. To Tomek jedzie dziarskim tempem, stojąc w korbach. Zatrzymuje się, wita, dopełnia bidony i mówi mi coś, bym Jolę zachęcił, żeby dała się Tomkowi wziąć na hol rowerowy, który on zabrał ze sobą. Że ponoć ona z nim nie chce gadać. Próbuję mu tłumaczyć, że nie widzieliśmy się trzy dni, że sobie po prostu pojechał, zostawił nas, ale on argumenty zbija, pytając, po co się pchaliśmy na trasę, której nie jesteśmy w stanie przejechać i w ogóle nie widzi problemu. Rezygnuję zatem z dyskusji, w międzyczasie Jola dojeżdża do nas. W powietrzu czuć niezręczne napięcie, ale ruszamy przed siebie. Tomek swoim zwyczajem rusza przodem i szybko tracimy go z oczu.

Chwilę później przejeżdżamy przez opuszczony kamieniołom, w którym stoi sporo bloków najprawdziwszego marmuru. Leżą odłogiem, bo i kto by wziął takie wielotonowe bloki. Transport tego surowca to jednak największy problem oraz koszt. Niemniej jednak po głowach chodzą nam marzenia o dostarczeniu tego do nas i wykuciu z tego na przykład wanny. 


Z kamieniołomu czeka nas zjazd w dolinę z dużym jeziorem zasilającym elektrownię pod nami. Okolica ta nazywa się Yayla Patlangıç, a wygląda jak jedno ze szwajcarskich jezior – z każdej strony otoczone zaśnieżonymi szczytami. 

 

Kawałek dalej zatrzymujemy się w przydrożnej knajpce. Znów spotykamy Tomka, który właśnie kończy jeść. Zachęca nas, byśmy z nim pojechali dziś jeszcze jeden podjazd, który prowadzi na przełęcz powyżej 2000 m n.p.m.. Co do spania, to Tomek mówi coś o spaniu na dziko gdzieś za przełęczą. My jednak pomni doświadczeń z klejącą gliną właśnie w okolicy izohipsy 2000 metrów, wolimy pojechać asfaltem przez nieco niżej położoną przełęcz. Spać, przynajmniej ja wolę w miejscu, które ma łazienkę. Z Jolą ustalamy, że naszym celem na dziś będzie miasto Elmalı, w którym są dwa hotele. Tomek nie czeka, za bardzo nie chce z nami pogadać, tylko rusza w swoją stronę. My zamawiamy jedzenie, ja dzwonię do hotelu i okazuje się, że nawet w dużych miastach noclegi są niedrogie. Jeszcze nie udało nam się przekroczyć 200 zł za noc i to ze śniadaniem.

Dalsza część dnia mija nam na jednym z ładniejszych szosowych podjazdów – na przełęcz Göğübeli Geçidi, na wysokości 1850 m n.p.m. Droga wije się delikatnymi zakrętami, trawersując zbocze. Podjeżdżamy to praktycznie kompletnie sami. Zachodzące słońce maluje krajobraz na złoto. Zatrzymujemy się przy przydrożnym meczecie na zdjęcia.

 


Przy okazji wspomnę, że modlitwa w meczecie wymaga rytualnego obmycia twarzy, dłoni i stóp. Dlatego przy każdym meczecie znajdują się źródła wody, umywalki, toalety, często także stoły i ławy, gdzie można zjeść posiłek. Woda przy tych meczetach często pochodzi z okolicznych gór, z potoków, i rzek. Przeważnie jest pitna, a jeżeli nie, to obok często stoi specjalna lodówka z kranikami, w której woda jest filtrowana i chłodzona, by była zdatna do picia. Poza tym w Turcji jest też zwyczaj znajdowania źródeł wody i doprowadzania jej do dróg. Wówczas buduje się tam murowane wanny z kranikami albo po prostu z wodopojem. Miejsca te często są poświęcone zmarłym przodkom i utrzymywane w dobrym stanie. Dlatego mimo upałów wody po drodze nam nie brakowało.


Na przełęcz dojeżdżam równo o zachodzie. Na górze przeraźliwie wiej. Ostatnie promienie słońca jeszcze grzeją, ale i tak ubieram się w bluzę. Jola dojeżdża chwilę później, też coś zakłada na zjazd i ruszamy dalej.

 

  

Zjazd do Elmalı to już kompletnie inna bajka. Osiemset metrów w dół. Z gór wiał lodowaty wiatr, a ja po raz pierwszy zacząłem żałować, że nie wziąłem długich rękawiczek. Często hamujemy, ale nie dlatego, że zakręty, czy stromo, ale z zimna. Wjeżdżamy do wąskiego kanionu, nad którym wschodzi księżyc. Pędzimy tak w sinym świetle wąską drogą między górską rzeką a ścianą wykutą w skale. Do Elmalı zajeżdżamy przed 22:00. Zameldowawszy się w hotelu, zerkamy do telefonów i dowiadujemy się, że Tomek przejechał przez swoją przełęcz i… śpi w innym hotelu w tym samym mieście co my.

 

Dzień 7

Nie ma to, jak śniadanie w hotelu. Od razu z głowy ma się problem, gdzie i co zjeść przed całym dniem. Ruszamy zatem najedzeni i pewni, że dziś dzień ostatni, dziś zamykamy naszą pętlę i zjeżdżamy do Antalyi. Czeka nas tam czas na zwiedzanie i zakupy i świeże ciuchy. Naszą drogę zaczynam nietypowo, bo od wjazdu na tutejszą drogę szybkiego ruchu. Trochę się obawiałem tego krótkiego kawałka, ale nie ma tu innej drogi na tym odcinku. Okazuje się, że te tutejsze autostrady dopuszczają ruch rowerów, są wyposażone w bardzo szerokie pobocze, a kierowcy mimo to wyprzedzając, często zjeżdżają jeszcze na lewy pas. Jedziemy tak przez płaskowyż otoczony ośnieżonymi szczytami. Dookoła trawy, trochę terenów uprawnych, ale okolica niezmiernie przypomina kadry z Azji centralnej. 


 

Niedługo potem zjeżdżamy jednak z głównej drogi i skręcamy na małe wsie, miejsca, w których nie było zapewne jeszcze żadnego zachodniego rowerzysty, możliwe, że w ogóle żadnego turysty. Domy
często przypominające szopy sklejone z gliny i desek, dużo opuszczonych, obok niekiedy domostwa zadbane i w lepszym stanie. Najwidoczniej tu też trwa ucieczka młodych do miast. W Simandir zatrzymujemy się pod meczetem, napełnić bidony. Lodówka z wodą pitną niestety nie działa. Wychodzi do nas taki nieduży staruszek i coś mówi, nie udaje nam się dogadać z nim nawet za pomocą translatora. W końcu wyjmuje on Joli z ręki bidon, który ona zamierzała napełnić i powolnym krokiem zabiera go do domu zaraz obok. Znaczy, że chyba chce nam go napełnić wodą. Tymczasem obok nas zatrzymuje się auto. Kierowca wysiada i uśmiechnięty coś do nas mówi. On ze zdobyczami techniki radzi sobie świetnie i szybko dowiadujemy się, że pyta nas, skąd i dokąd jedziemy, skąd jesteśmy, on natomiast mówi, że urodził się w Berlinie, że Europę zna. Wyciąga z bagażnika dwa placki, takie same, jak te, które dostaliśmy od rodziny w Arif. Smaczne są, zjadamy od razu, a on widząc to, sięga do bagażnika i do siatki pakuje nam jeszcze 10 sztuk. I tak to w ciągu trzech minut mamy za darmo picie i jedzenie. Na odchodnym nasz darczyńca chwali się, że Turcy są gościnni i pokochamy ten naród. 


Najedzeni ruszamy dalej. Przed nami podjazdów już niewiele. Za to zjazdów sporo. W końcu jakoś musimy zjechać te 1000 m do morza. Na zmianę jedziemy drogami o dużym natężeniu ruchu i takimi, które dla ruchu samochodowego są zamknięte. Serpentyny i składanie się na zakrętach wchodzi w krew i uzależnia przyjemnym szumem szprych na wietrze i bzyczeniem bębenka. Na niebie pojawiają się chmury i na horyzoncie dostrzegamy, że za nami leje. Udaje nam się uciec przed deszczem, ale ewidentnie pogoda się psuje. Dobry moment za zakończenie wyprawy. Ostatnie dwie godziny jedziemy już w zasadzie przez miasto. Niekończące się przedmieścia są tak rozległe, jakbyśmy wjeżdżali co najmniej do Warszawy. W pewnym momencie ślad prowadzi nas przez jakieś schody i nieistniejące ścieżki między domami. Nawigujemy zatem na własną rękę głównymi drogami. Jazda po mieście tu to trochę inny poziom. Wszystko dozwolone, wyprzedzanie z prawej, z lewej, wpychanie się przed kogoś. Ale wszyscy jakoś zachowują czujność i mimo tego małego chaosu nie dochodzi do wypadków. Nikt też na mnie nie trąbi, gdy wpycham się przed samochody na światłach. W pewnym momencie widzimy przed nami potężny zjazd ze skarpy, a przed nami miasto i na horyzoncie brzeg morza. Jesteśmy jeszcze ponad 100 m ponad wodą, a mimo tego nie widać stąd granic miasta. Dopiero później doczytałem, że Antalya ma 2,7 mln mieszkańców, a Turcja to potężny kraj, który liczy sobie niemalże 90 milionów ludzi. Dla przykładu Stambuł jest największym miastem w Europie.

Do hotelu dojeżdżamy po południu, naszemu gospodarzowi wręczamy naszą dolę, tj. cztery paczki Rothmannsów i dostajemy „lepszy” pokój, czyli taki z własną łazienką. Tomek tymczasem śpi dziś jeszcze wysoko w górach. Zjedzie do nas dopiero następnego dnia. Wspólne zwiedzanie we trójkę niestety nie za bardzo się udaje. Jola wraca w niedzielę późniejszym lotem przez Berlin. My z Tomkiem przed świtem wyruszamy na lotnisko i wracamy do Krakowa razem, ale jednak bardziej osobno.

 


 

Komentarze