Maraton Rowerowy Dookoła Polski 2025

Dylu, dylu, dylu…. Jeszcze pół milimetra… pół milimetra dzieli mnie od startu. Jest szósta rano, jutro w południe startuję w najtrudniejszym wyścigu w Polsce, tymczasem ja jestem w lesie, a właściwie w dupie tego lasu i kucam z jakimś pilniczkiem do metalu nad przednim kołem i piłuję endcapy od przepięknych i nietanich piast SON28. Albo to wszystko kompletnie rozwalę albo jednak się uda i wejdzie to koło w widełki.

Trzeba nie lada pecha i szczęścia zarazem, by znaleźć się w takiej sytuacji. Otóż poszedłem za głosem serca i zapisałem się na najtrudniejszy szosowy wyścig w Polsce – na Maraton Rowerowy Dookoła Polski. A żeby dodać temu smaku, to postanowiłem wystartować na kompletnie nowym, świeżo kupionym rowerze. Ledwie 300 km na nim zrobiłem. No i żeby było wszystko, jak należy, to zachciało mi się przedniego koła z dynamem. Zamówiłem więc u Dreta, mojego ulubionego mechanika rowerowego, takie właśnie cudo inżynierii: piękną carbonową obręcz zaplecioną na cieniowanych szprychach dookoła piasty SONa. I wszystko byłoby super, gdyby nasz dalekowschodni dostawca nie nawalił. Obręcz nie dotarła.

Co mi zatem zostało: albo wezmę moje stare koło z dynamem do gravela i je dostosuję do szosy, albo nie wystartuję, bo nie mam odpowiedniego oświetlenia na baterie. Koło w gravelu wymaga przejściówki na węższą oś, ale to nie problem, bo mam taką.

Jednakże dziś rano okazało się, że w szosie miejsce na endcapy jest węższe i zabrakło mi milimetra na obwodzie, by to koło weszło i dało się przełożyć oś. Milimetra! Nic to, trzeba go spiłować, choćby z jednej strony, wtedy koło wejdzie, i będzie można jechać… no to gdzie ja mam ten pilnik do metalu?

---

Dzień później na starcie stanąłem z podniesioną głową, przygotowany świetnie, na wszystko, co trasa może rzucić mi pod koła. Rower szybki jak strzała, ciuszki lekkie i pancerne, lampy i zasilanie prima sort, bo z dynama a nie z baterii. Wszystko pięknie i jak spod linijki. I ani pary z ust, że mam rower składany za pomocą pilnika do metalu.

Przed startem nastroje były raczej wesołe. Było tradycyjne zdjęcie startujących pod latarnią w Rozewiu. Start odbył się niespiesznie, bo z Jastrzębiej Góry należało wyjechać powoli po drodze rowerowej i dopiero gdzieś przed Łebczem ludzie zaczęli pedałować normalnym tempem.



Wiadomo też, że na tym wyścigu zawsze pada deszcz. Ponieważ ściganie trwa ok. 10 dni, to szans na uniknięcie opadów raczej nie ma. Nie wiadomo tylko, kiedy w końcu lunie. W tym roku radary pokazywały, że będzie to raczej na początku jazdy. I rzeczywiście, jadąc przez Kaszuby widzieliśmy, że z zachodu goni nas czarne zło, wielki wał chmur niosący wielogodzinny deszcz i burze. Zaraz przed Tolkmickiem po raz ostatni widzę piękne słońce nad Zalewem Wiślanym. 




Moja ekipa z CDDP pognała od razu mocnym tempem. Przemek, Damian i Sylwia polecieli szybciej ode mnie, a Łukasz to jechał chyba do rana w czołówce wyścigu. A ja przyjąłem inną strategię: wiedząc, że będę raczej próbował zmieścić się w limicie i w ogóle ukończyć tę trasę, starałem się jechać cały czas w tlenie, a raczej w drugiej strefie. Niespiesznie, z przerwą na kawę jeszcze w Koleczkowie, a potem na zapiekankę w Nowym Dworze Gdańskim. I sprawdziło się to całkiem nieźle, przynajmniej do Elbląga. Tam pod Wysoczyzną Elbląską przed zachodem słońca czarna chmura dopadła mnie i zaczęło lać. Ubrałem się w przeciwdeszczowe chałaty, czyli spodnie wodoszczelne, kurtkę i nakładki na buty i dalej potoczyłem się jeszcze wolniej. Te wszystkie pogodoodporne ciuchy są świetne, ale stawiają niezły opór na wietrze i są niezbyt wygodne. A noc w deszczu mijała powoli. Trasę znałem i wiedziałem, że będzie zimno, nieprzyjemnie i każdy kilometr zmniejsza dystans między kolarzem a menelem. W Bartoszycach na stacji benzynowej widziałem już sporo takich mocno zmęczonych zziębniętych zawodników, skulonych nad kubkiem kawy, herbaty, czy jakiejś zupy. Słyszałem też, że my mamy raczej łaskawe warunki, bo czołówka wyścigu jedzie w burzy i w gradobiciu. Pamiętam, jak gadałem z Wojtkiem Wasiem o tym, że on postanowił jechać na lekko i nie wziął spodni na deszcz. Teraz było mi go naprawdę szkoda. Na dworze pompa, może 10 stopni, może nawet mniej, wiatr wprawdzie w plecy, ale jednak wiatr.


Następny postój to Lidzbark Warmiński. Tam trzeba było zjechać na stację, zaczęły się też problemy z ciepłym jedzeniem bez mięsa. Noc przejechałem zatem na słodkich bułkach. Powoli stawka wyścigu zaczynała się wyrównywać, mijałem się z tymi samymi osobami, kto miał pognać do przodu, był już daleko przede mną. Świt nie cieszył zbytnio, gdyż przyniósł nam stalowo-zimne słońce, które wychynęło na chwilę spod chmur i zaraz schowało się za ołowianą kurtyną. Padało jakoś do 11:00. Na szczęście zaczęła się Suwalszczyzna z pięknymi sztywniejszymi podjazdami, które pozwalały się nieco rozgrzać. No i napędzała mnie myśl o pewnej knajpie w Sejnach, która serwuje przepyszne litewskie jedzenie. Poza tym mój stary druh, Tadeusz Baranowski spędzał tam właśnie wakacje z rodziną i zapowiadał się, że wyjedzie na trasę. Kibicowanie podczas takiego wysiłku jest po prostu bezcenne.

Gdzieś w okolicy Filipowa zauważyłem, że mój telefon nie ładuje się z transformatora podpiętego do dynama. Jakiś komunikat o wodzie w porcie ładowania i zacząłem się bać, że zepsułem sobie telefon, który przecież całą noc był podłączony do kabla i tkwił w kieszonce torby, narażony na deszcz i wodę spod kół. Głupio, że też nie pomyślałem.

Do Sejn dojechałem na obiad, jakoś przed 15:00. Tam na szczęście okazało się, że padł nie telefon, ale kabel do ładowania. Pojawił się też Tadeusz z Asią i oni podpowiedzieli mi, że niedaleko na trasie jest stacja benzynowa, na której dostanę nowy kabel. A ja tymczasem zjadłszy jakieś wege-kartacze i popiwszy kwasem chlebowym szykowałem się na ostatni strzał. Mając już 500 km w nogach przejechanie kolejnych 150 km wydawało się już nie lada czym. A nocleg odważnie zarezerwowałem sobie aż w Krynkach.

Za Sejnami zacząłem też skręcać na południe najpierw wzdłuż granicy z Litwą a potem z Białorusią. To, co mi się od razu rzuciło w oczy to spora liczba posterunków wojskowych rozlokowanych na prawie każdym wzgórzu. Sporą część całego ruchu na tych przygranicznych drogach stanowiły też ciężarówki wojskowe. Może same spokojne lasy i okazjonalnie prześwitujący przez nie płot graniczny sprawiają raczej senne wrażenie podlaskich bezkresnych przestrzeni, ale czuć w powietrzu, że coś się dzieje i że za granicą jest wojna.

Z powodu jakiejś przebudowy wiaduktu organizator w ostatnim momencie przed startem zmienił trasę i zamiast jechać ściśle wzdłuż wschodniej granicy, zostaliśmy pokierowani przez Sokółkę. Niby nic takiego, ale okazało się, że przyszło nam jechać drogą wojewódzką przez szczere pola, taką niewdzięczną prostą na 30 km praktycznie bez zakrętów, za to z bardzo dużym ruchem. Złe wyprzedzanie na gazetę, przekraczanie dopuszczalnej prędkości… tu chyba najczęściej się to zdarzało. Do Sokółki dojechałem o zachodzie słońca i mocno zmęczony tymi ostatnimi kilometrami w ciągłym towarzystwie samochodów.

Zadzwoniłem do Krynek, że do nich nie dojadę i znalazłem nocleg w jakimś zajeździe w Sokółce. Zjadłem, zadbałem o ładowanie elektroniki, rozwieszenie rzeczy do suszenia i zapadłem się w pościel. To są te miłe chwile w trakcie takich wyścigów. Sen przychodzi od razu, ciało zastyga jak ciężki kamień. Budzik wyrwał mnie ze snu w środku nocy, ale byłem na tyle nieprzytomny, że go wyłączyłem i na dobre obudziłem się dopiero o 6 rano. Musiałem mieć chyba gorączkę z przemęczenia, pościel przepocona. w końcu na raz wpadło 618 km i wiele z tego w deszczu. Powoli zrobiłem sobie śniadanie i dość niespiesznie przygotowałem się do jazdy. Przed wyruszeniem zorientowałem się, że mam nienaładowaną baterię od przerzutki, więc jeszcze pół godziny odczekałem, aż ta się naładuje i przegadałem ten czas z właścicielem zajazdu, który po raz pierwszy dowiedział się o naszym wyścigu i nie mógł wyjść z podziwu, że w ogóle istnieją takie imprezy.

Ruszyłem okrutnie późno: dopiero po ósmej. Przespałem całą noc, co na takich wyścigach raczej się nie zdarza. Po tak długiej nocy od razu poczułem, że jedzie mi się świetnie. Gdzieś przed Krynkami na jakimś murowanym przystanku autobusowym dojrzałem porzuconą folię NRC. Znak, że któryś z naszych tu spał. Ławki nie było, zapewne była to drzemka w tej folii na gołej ziemi. Dreszcz współczucia i pognałem dalej. Zazwyczaj w takich imprezach to nie brak snu był największym wrogiem, ale odżywianie. Zawsze się odwadniałem, zaliczałem jakąś bombę z powodu deficytu kalorycznego. Tym razem miało być inaczej. Od mojej przyjaciółki Agaty dowiedziałem się rzeczy w sumie dość oczywistej, ale dla mnie nowej. Otóż w garminach rowerowych można ustawić przypomnienie. Zrobiłem zatem tak, że ustawiłem sobie alarmy co 25 minut na picie i co 45 minut na jedzenie. Choćby łyczek i choćby gryz batona czy żelek… ale żeby regularnie dostarczać płynów i kalorii do organizmu. Teraz zauważyłem, że to rozwiązanie sprawdziło się świetnie. Trzeci dzień w trasie, a ja cały czas miałem siły, nie bolała mnie głowa od odwodnienia. W paśnikach miałem masę batonów, takich długi wegańskich żelek, a w kieszonkach kanapki. W końcu nauczyłem się prawidłowo odżywiać na rowerze!


Tymczasem droga prowadziła mnie przez Puszczę Białowieską, przez Hajnówkę i dalej na południe aż do osławionego promu na Bugu. Ten prom miał być czynny tylko w dzień od piątej rano do siódmej po południu. Gdybym nie zdążył, musiałbym jechać 30 km objazdem do najbliższego mostu. W Hajnówce była 15:00, więc całkiem nieźle. Policzyłem, że zdążę ze sporym zapasem. Oczywiście jakby inaczej, znów zaczęło lać. No ale przecież mam sporo czasu. 30 km i ponad dwie godziny do osiemnastej. Aż na piętnaście kilometrów przed promem zerknąłem na zegarek, a tu 18:15… o fuck! Późno, nie zdążę, muszę depnąć! Więc jadę te 15km ze średnią 250 W czyli jakieś 31km/h, w kompletnej ulewie. Pochylam głowę by rozbijać wodę przede mną i by mi do oczu nie leciało. Dojeżdżam na prom a tam 17:45. Ale jak to? Telefon złapał białoruską sieć, a tam inna strefa czasowa. A panowie od promu spoko. Pogadałem z nimi. Opowiedziałem o nas. Mówił, że z Sylwią fajnie się gadało. Ale kazał czekać do ostatniego kolarza i tak to czekałem aż do 19:00. W międzyczasie sobie pogadałem z panami od promu. Na początku trochę obcesowi i wkurzeni, że co chwila jacyś pedalarze każą się wozić. No ale dowiedziałem, że prom jest ręczny, tzn. przeciągnięcie go z brzegu na brzeg to ciężka fizyczna praca, a rowerzysta płaci za przejazd jedynie 6 zł. Pytali się, czemu jedziemy, czy coś za to płacimy, po co tak się męczyć, czy mamy drogie rowery, aż od słowa do słowa zaczęli się sprawą bardziej interesować. Ostatecznie przed ostatnim kursem przyjechało nas pięciu.






Zaraz za promem w pałacyku z widokiem na rzekę mieścił się hotel SPA. Zjedliśmy tam kolację, ale okazało się, że nie ma noclegów w Terespolu, to znaczy niby coś jest, ale nie wiem, czasy otworzą późnym wieczorem. I to gdzieś pod Terespolem, nie na trasie… Zdecydowałem, że śpię tu i ruszam w nocy. I warto było: pokój z wanną, gorący grzejnik, cieplutka pościel.. Piękna przygoda! O takie ściganie nie trenowałem!

Pobudka tym razem prawidłowo: 1:30 w nocy. Przed trzecią byłem już na trasie. Nadbużańskie ciemności i pierwszą godzinę jechałem wśród gwiazd. Dopiero później, przed świtem zauważyłem jakieś światło – okazało się, że dogoniłem Wojtka Łuszcza, który spał gdzieś na przystanku. Pojechaliśmy razem prawie do samego Terespola prowadząc nocne Polaków rozmowy – on opowiadał mi o swoich doświadczeniach kolarskich, ja jemu o swoich przygodach trekkingowych i tak nas zastał wschód słońca. Potem Wojtek się zmitygował, że jednak jedziemy solo i żeby nas nie zdyskwalifikowali zwolnił nieco i został z tyłu. A ja pognałem dalej, w stronę Włodawy, gdzie miałem nadzieję znaleźć jakiś większy sklep, bo mój kabel do telefonu znów wysiadł. Jak widać te sprzęty nie są przeznaczone na wyścigi ultra.


Gdy dojeżdżam do Terespola, widzę na znaku z nazwą miasta moją naklejkę CDDP, którą umieściłem tam zimą, jadąc z kolegami wzdłuż Bugu. Miło mi, że wciąż tam jest. A teraz jestem w tym miejscu po raz drugi, niestety nie mam już drugiej naklejki, by dołożyć do poprzedniej:



We Włodawie na stacji zaczepił mnie jakiś kolarz z Lublina i pytał, jak mi się jedzie i mówił, że śledzi wyścig na stronie trackingu. Życzył powodzenia dołączając dużą dawkę podziwu i poradził mi, że kabel do telefonu najprędzej dostanę w markecie budowlanym.

No a ja zjadłszy śniadanie pojechałem dalej na południe. Po drodze mijałem się z kilkoma kolarzami jadącymi w podobnym tempie. Niektórzy z nich byli strasznie spięci, cały czas przeliczając, ile muszą dziś przejechać, by się zmieścić w limicie, jaką muszą trzymać średnią, czy jak długie robić postoje. Mi natomiast zaczęło odpuszczać. Przestałem się spinać na wynik, zacząłem jechać trochę bardziej turystycznie.

Po mojej lewej skończyła się Białoruś, a zaczęła się Ukraina. A ja powoli zacząłem się zbliżać do Zosina, najbardziej wysuniętego na wschód krańca Polski. Dla mnie terra incognito. Nie znam tych terenów stąd aż do Przemyśla. Zdziwiło mnie trochę, jak tu jest pusto. Długie proste drogi, praktycznie płasko, dystanse między wsiami potężne. Zaczynam rozumieć, czemu tak szybko tu jeżdżą samochodami.




Po południu gdzieś pod sklepem spotykam Andrzeja Cichała ze Skierniewic. Mówię mu, że od rana męczy mnie jakiś dziwny kaszel, jakbym gardło przeziębił jadąc w nocy. Decydujemy się, pojechać kawałek razem i jakoś tak schodzi nam aż do wieczora. Dojeżdżamy do Horyńca Zdroju, gdzie mam zarezerwowany nocleg. Andrzej postanawia dołączyć. Nocleg jest dość specyficzny: w starym ośrodku wczasowym pamiętającym zapewne Gierka. Od tego czasu niewiele się zmieniło w wystroju. Obok znajduje się drugi podobny budynek, w którym akurat trwa dyskoteka. Muzyka również specyficzna, mieszanka disco polo i jakichś przeróbek znanych hitów. Po chwili do recepcji wchodzi pan w czarnej kamizelce, butach krokodylkach i z kitką zebraną z resztki siwych włosów. Mówi, że musi nas szybko rozliczyć, daje klucz i spieszy na dyskotekę, na której jest wodzirejem. Nas też zaprasza, bo goście noclegowi mają na dyskotekę wstęp darmowy. Dziś wpadło 350 km, więc jestem zmęczony i niezbyt chętny, ale zastanawia mnie, czy ciuszki Raphy miałyby branie.

 


W pokoju gorąca woda w prysznicu i w miarę wygodne łóżko, nawet kaloryfer włączony. Niczego więcej mi nie potrzeba. Zapadam się w sen i odpycham od siebie myśl, że na tym wyścigu wypada spać maksymalnie 3-4 godziny na dobę.

Następnego dnia znów jakbym w nocy miał gorączkę – budzę się o wiele za późno, budzika nie słyszałem. Ruszam, wstyd się przyznać, jakoś po 8:00. Dziś chcę dotrzeć w Bieszczady. W końcu będą góry, skończy się ten płaski krajobraz.

W międzyczasie nasza grupa z CDDP jest o jakiś dzień drogi przede mną. Łukasz nadgonił i jest gdzieś w Beskidach, Sylwia podobnie, Damian i Przemek są w Beskidzie Niskim. Ludziom nie chce się pisać, więc przesyłają sobie wiadomości głosowe. Co komu się po drodze przydarzyło, gdzie warto wpaść, na co uważać itd.

Aż tu jeden z naszych melduje kłopoty żołądkowe. Najpierw radzimy mu Colę, Nospę i herbatę miętową. Ale sprawa chyba jest poważniejsza. W kolejnej wiadomości głosowej dochodzi do nas komunikat Przemka z charakterystycznym pogłosem małego pomieszczenia ze ścianami z plastiku. Najlepiej, będzie gdy zacytuję:

„Siedzę na ToiToiu w Krępnej już po trzecim gejzerze z dupy. Mam nadzieję, że będzie tu jakieś jedzenie, to sobie zamówię jakąś zupę i jakieś elektrolity sobie kupię. Generalnie jedzie się dobrze, ale no, sraczka mnie męczy. Musiałem od gościa ze wsi wziąć rolkę srajtaśmy, bo już mój zapas mi poszedł na tych stu kilometrach. Jak mnie jeszcze raz przyciśnie, to nie wiem, czym będę, rękawiczkami chyba wycierał.”

Wyobrażam sobie, że w tym momencie reszta słyszących to nagranie raczej zapluła swoje garminy, a dopiero potem zaczęła współczuć.

Do Przemyśla dojeżdżam żwawo akurat na obiad w McDonaldzie. Tam przed wejściem zaczepia mnie jakiś kolarz ubrany w plecak glovo. Starszy Pan, ale okazuje się, że też jeździ długie dystanse i śledzi wyścig. Później czeka mnie już odcinek znany z wycieczek z sakwami i częściowo z BBT. Mianowicie przez Arłamów do Ustrzyk Dolnych i dalej do Ustrzyk Górnych. Za Fredropolem zaczynają się pierwsze górki, a ja uchachany wszystko robię z blatu. Tak dojeżdżam do Zajazdu pod Caryńską, gdzie zazwyczaj mieści się meta BBT. Zamawiam pierogi, a obok mnie zespół szykuje się do koncertu. Grają próbnie Pejzaże Harasymowiczowskie Wojtka Bellona, a ja pospiesznie ruszam na nocleg do Wetliny, bo jeszcze chwila i bym został – tak mi się tu rzewnie robi.




W Wetlinie szybkie zakupy i nocleg i powoli dociera do mnie, że ja raczej jadę to turystycznie niż wyścigowo. Dziś znów tylko 200 km przejechane.

Następnego dnia w zasadzie tylko odcinek do Cisnej i potem kawałek przed Muszyną to dla mnie nowe odcinki. Kaszel zaczyna mnie męczyć już non stop i daje się we znaki na podjazdach. Wprawdzie jazda w górach jak zawsze idzie mi dużo lepiej niż po płaskim, ale czuję, że mam połowę mocy i codziennie jestem słabszy niż poprzedniego dnia. Ledwo też łapię się na limit, a patrząc na to, co jeszcze przede mną, to oceniam, że dojechałbym raczej w 12 dni niż w 10. W Beskidzie Niskim zaczynają się też porządne małopolskie ścianki, które pozwalają w końcu poczuć ogień w nogach. Przynajmniej tyle radochy! Do Muszyny dojeżdżam późnym popołudniem i od razu kieruję się do mojej ulubionej pizzerii na rynku. Patrzę na zegarek i decyduję, że tu wezmę nocleg. Znów przejechane mam tylko 200 km.




Rano już wiem, że ten kaszel to coś poważniejszego. Nie chce się to skończyć, jakoś nieprzyjemnie świszczy w płucach. Kupuję zatem bilet do domu i wracam. Przejechałem połowę trasy: 1600 km w 5 dni. Jestem jakoś dziwnie pogodzony z tym i postanawiam zrobić sobie przerwę w trenowaniu. Nie chcę się też już zapisywać na żadne wyścigi. O wiele większą frajdę daje mi jeżdżenie wprawdzie szybko i długo, ale za dnia, z normalną regeneracją i z robieniem zdjęć po drodze. Czuję, że nadchodzi zmiana. Ściganie tak naprawdę nigdy nie szło mi świetnie, a podróże owszem.


W domu okazuje się, że miałem zapalenie oskrzeli, z którego właśnie wychodzę. Kaszel pozostał. Później, dwa miesiące po wyścigu niestety dalej go nie wyleczyłem.

Komentarze

Popularne posty